O powrocie na rynek pracy, niskim poczuciu własnej wartości, które narasta w mamach w trakcie urlopu macierzyńskiego, i sposobach na radzenie sobie z negatywnym postrzeganiem własnych możliwości porozmawiała ze mną Marta Iwanowska –Polkowska. Kim jest Marta? Lubi mówić o sobie, że jest towarzyszką w procesie urzeczywistniania swojego JA. Marta to też coach’yca w Manufakturze Rozwoju, tak nie boi się żeńskich końcówek w nazwach zawodów, a także Facylitatorką podejścia Playing BIG. Wspiera kobiety w odważnym podejmowaniu wyzwań, pracuje też z liderami w temacie odważnego przywództwa i odporności psychicznej.

Mamy boją się powrotu na rynek pracy po długiej przerwie. W przeprowadzonym przez nas badaniu online dotyczącym sytuacji matek na rynku pracy 25% powiedziało, że ich lęk wynika z poczucia braku własnych kompetencji lub ich utraty po długiej nieobecności. Wątek niskiego poczucia własnej wartości przewijał się też w wywiadach pogłębionych, które przeprowadzałyśmy. Jak myślisz, z czego to wynika?

MIP: Zacznijmy od tego, czym jest poczucie własnej wartości. Poczucie własnej wartości odpowiada na pytanie, na ile uznaję swoją wartość, będąc taka jaka jestem – z wszelkimi doskonałościami i niedoskonałościami, a także mówi o tym, jak określam swoją wartość w porównaniu do innych osób.

I zgodzę się, że w okresie wczesnego macierzyństwa, u kresu urlopu macierzyńskiego wiele kobiet ma często niskie poczucie własnej wartości niezależnie od tego, jak dobrze odnalazły się w tej roli. Dlaczego? Jak zawsze przyczyn jest kilka, ale przyjrzyjmy się pięciu, które z pewnością są ze sobą powiązane.

Pierwsza wiąże się z tym, na ile umiejętności, które wykorzystujemy i rozwijamy przebywając z dzieckiem w domu są różne od tych, których używamy w pracy. Będąc mamą rozwijamy umiejętności związane ze słuchaniem, empatią, motywowaniem, wspieraniem rozwoju, planowaniem i organizacją. To ważne umiejętności, ale czy doceniane? Nie zawsze. Stereotypowo postrzegamy je jako mniej istotne niż techniczne, czy specjalistyczne, których wymagają pracodawcy. Ja na przekór tym stereotypom piszę o nich w moim profilu na linkedin – https://www.linkedin.com/in/marta-iwanowska-polkowska/ (ps. Zapraszam do znajomych). Z automatu więc deprecjonujemy nasz czas spędzony z dziećmi, myślimy, że jest to „czas zmarnowany” – choć jest to niesłuszne myślenie. Są przecież zawody, w których te umiejętności są bardzo przydatne. A szczególnie teraz w czasie pandemii potrzebujemy w organizacjach empatii i umiejętności słuchania innych, także gdy wyrażają swoje emocje.

Druga przyczyna bierze się stąd, że czas, który kobieta spędza w domu, uważa się powszechnie za „mało ważny”. Spójrzmy, jakich określeń używa się w odniesieniu do tego okresu. Mówi się o nim „urlop macierzyński”, czy też, że „kobieta siedzi w domu”. Ja osobiście nie znam żadnej matki, która siedziałaby w tym czasie domu ☺ Ten czas to głównie działanie i to działanie pod presją! Dalej. Przyjrzyjmy się temu, jak określamy zdolności intelektualne mam. Często mówimy, że mamy mają „budyń z mózgu”, mają „zgąbczały mózg”, po angielsku jest też znane określenie „mummy brain”. Trudno, by takie określenia budowały poczucie własnej wartości. Choć badania potwierdzają, że mózg matki w okresie ciąży „przestawia się na inne tory”, by być bardziej wyczulony na bodźce społeczne, na emocje, to jednak nie jest to czas uwstecznienia się, czy redukcji naszych zdolności poznawczych.

Po trzecie, nie jesteśmy nauczone doceniania siebie, a praca wykonywana przez kobiety w domu, też  nie jest doceniana, co więcej, nie jest zauważana. Jeśli mężczyzna zostanie z dziećmi w domu, cała uwaga idzie na niego – otoczenie uważa, że robi coś niesamowicie wyjątkowego i trudnego. Wszyscy zadają mu pytania, „jak TY sobie radzisz?”. Zaś gdy kobieta zostaje z dzieckiem w domu, otoczenie zakłada, że wszystkie trudne dla mężczyzny czynności przychodzą jej naturalnie i z lekkością, a jednocześnie wydają się w jej wykonaniu mniej wyjątkowe. Nie zauważamy, że macierzyństwo dla kobiety może być trudne, może wymagać wysiłku i rozwoju. Co więcej, otoczenie przygląda się porażkom mamy, jest wyczulone na to, co mogłaby zrobić lepiej. To nie jest dobry klimat do wzmacniania poczucia własnej wartości.

No i wreszcie ostatnia przyczyna – ciężko mieć wysokie poczucie własnej wartości, jak jest się bardzo zmęczonym, niewyspanym, zaniedbanym na poziomie fizycznym. Poczucie własnej wartości jest silnie powiązane z naszym ogólnym dobrostanem. Im gorzej się czujemy fizycznie, tym gorzej o sobie myślimy. Zmęczenie „przyciąga” też takie emocje jak złość i frustracja, które łatwo wymierzyć w siebie.

Zapytam trochę prowokująco. A może tak faktycznie jest, że rok nieobecności na rynku pracy to długo i matka rzeczywiście ma mniejsze kompetencje po jego upływie?

MIP: Ja bym powiedziała tak – ten jeden rok, czy dwa lata, to może być dużo i mało. To od nas zależy jak na to spojrzymy. My często patrzymy „na tu i teraz”, a tymczasem ten jeden rok to jest 1/40 naszej kariery zawodowej. Relatywnie, patrząc na nasze życie zawodowe, to nie jest dużo. Jeśli chodzi natomiast o rozwój naszego dziecka, ten jeden rok ma przełomowe znacznie dla jego przyszłości. Doceńmy więc ten czas i zauważmy, że po jego zakończeniu będziemy miały jeszcze 39 albo 38 lat kariery zawodowej.

Ale nie twierdzę też, że kobieta przez ten rok, czy dwa lata urlopu macierzyńskiego czy wychowawczego ma zupełnie zapomnieć o sobie i swoim rozwoju. Wręcz ma prawo o nim pamiętać. Jak miną pierwsze trzy miesiące, czy pierwsze półrocze, a mama nabierze wprawy w opiece nad dzieckiem, to może wygospodarować czas na czytanie branżowej prasy, czy książki, czy też zrobienie e-kursu. To mogą być 2 godziny tygodniowo, które poświęci na aktualizowanie wiedzy, czy rozwój nowych umiejętności. Dodam, że takie działania powinny być realizowane bardziej z ciekawości i dla przyjemności, niż z poczucia obowiązku – nie może być źródłem kolejnej presji. Obok czasu na rozwój warto też wygospodarować czas na odpoczynek.

Chcę podkreślić, że to my – mamy same jesteśmy dla siebie bardzo surowe. To my same nie doceniamy tego czasu, który dedykujemy dziecku i rodzinie. To my same wmawiamy sobie, że ten czas jest stracony. Nie jest. Jest tylko inaczej zainwestowany – zainwestowany w rodzicielstwo, a ono też ma wartość. Urlop macierzyński nie może być porównywany z pracą zawodową, a mama na urlopie nie powinna się porównywać z kobietą, która w tym czasie pracuje zawodowo. Dlaczego? Bo to są zupełnie inne ścieżki – z innym zakresem zadań, z innymi wymaganiami kompetencyjnymi, z innym rodzajem wynagrodzenia, napędzane innymi rodzajami motywacji.

Co Twoim zdaniem mogłyby robić mamy w trakcie urlopu macierzyńskiego / rodzicielskiego, żeby nie dopuścić do złego postrzegania własnych kompetencji? Powiedziałaś o nieporównywaniu się do koleżanek, które robią karierę. Wspomniałaś o konieczności doceniania tego wartościowego czasu z dzieckiem, o aktualizacji wiedzy w miarę naszych możliwości. Co jeszcze przychodzi Ci do głowy?

MIP: Oprócz tego, co już wspomniałam czyli czytania książek, prasy branżowej czy robienia kursów, e-kursów – nikt nam nie zabrania rozwoju i nauki – ja bardzo polecam konstruktywne bycie z innymi matkami, które dzielą podobny system wartości. Od razu podkreślę, że nie chodzi mi spotykanie się na kawę, by ponarzekać na macierzyństwo, jego trudy, czy też męża. Tylko konstruktywne rozmowy z mamami, które jeżeli nawet doświadczają trudnych sytuacji, starają się coś z tym zrobić, mają motywację do zmian. Mam na myśli wszelkiego rodzaju grupy wsparcia, stowarzyszenia, czy inicjatywę Waszej Fundacji – Klub Przedsiębiorczych Mam. Sama swego czasu byłam bardzo aktywna Stowarzyszeniu Polka potrafi w Piasecznie i pamiętam, jak sam fakt bycia z innymi mamami, które chcą „coś” zrobić ze swoim życiem, był bardzo budujący i wzmacniający. Jeśli mamy niskie poczucie własnej wartości, zaplątujemy się negatywnym myśleniu o sobie, to posiadanie konstruktywnego wsparcia jest niezwykle ważne. Wtedy bardzo potrzebujemy wokół siebie ludzi, którzy myślą choć trochę bardziej pozytywnie niż my.

Na koniec podkreślę, że ważne jest by kobieta od początku, wchodząc w rolę mamy, nie patrzyła na siebie tylko przez pryzmat tej jednej, jedynej roli. Kiedyś prowadziłam warsztat dla mam i zapytałam je na samym początku, „kim jesteś jak nie jesteś mamą?”. Okazało się, że tym pytaniem otworzyłam jakiś straszny wór negatywnych myśli o sobie. Usłyszałam, że są „nikim”, że one już zapomniały jak to jest być siostrą, żoną, córką, pracownicą, lekarką, czy adwokatką. Macierzyństwo potrafi bardzo zdominować nasze życie, jest jak gruby płaszcz który zakrywa wszystkie inne obszary życia. Jest ważne, może być najważniejsze, ale to nie jest jedyna rola, jaką pełnimy w życiu. I warto czasami pozwolić sobie na to, żeby wyjść z bycia mamą, a wejść w inną rolę. Pójść do siostry i być siostrą. Pójść do rodziców i być ich córką. Albo pójść na spotkanie dla przedsiębiorczych mam i być przedsiębiorczą mamą, kobietą. Pójść do kosmetyczki i być kobietą. To jest trudne, ale trzeba o tym pamiętać. I trzeba zdobyć się na odwagę, by będąc mamą nie być tylko mamą. Dodam wręcz, że gdy pozwalamy sobie na to, by nie być tylko mamą będąc mamą, to tak jakbyśmy pozwalały sobie na to, by opierać poczucie własnej wartości na kilku nogach, a nie jednej. Po co? Bo jeżeli w macierzyństwie doświadczamy trudności, porażek i jest nam ciężko (a to się zdarza!), możemy poklepać siebie po ramieniu i docenić za co, że w innych obszarach życia sobie nieźle radzimy. To ważne!

A rola partnera? Czy on mógłby być pomocny?

MIP: Oczywiście, że tak! Często powtarzam na warsztatach dla mam, że „żeby mama wyszła z domu, tata, czy inna osoba musi do niego wejść”. Dziś przy obecnym modelu pracy, która zajmuje ponad 8 godzin + dojazdy kobieta, mama nie będzie mogła realizować się zawodowo bez wsparcia ojca dziecka, czy innych osób wspierających jak babcia, czy niania. Ale wracając do partnerów.

Zdarza się, mama w wyniku niskiego poczucia własnej wartości i lęku oto, jak sobie radzi w nowej roli, „zawłaszcza sobie”  pełną opiekę nad dzieckiem i nie dopuszcza do niej partnera. Może narażam się komuś tymi słowami, ale tak bywa …  My kobiety często uważamy, że „tylko my” ( tylko !!) dobrze ubierzemy dziecko, dobrze je nakarmimy, dobrze wykąpiemy, dobrze położymy spać. Pewnie robimy to dobrze i warto się za to doceniać, przecież wspominałam o tym. Ale warto się przyjrzeć temu, na ile przy okazji też chcemy zabłysnąć i wykazać się w tych zadaniach, kosztem nie dopuszczania do nich partnera. Ogarniając perfekcyjnie dom, polerując kuchnię, gotując wielodaniowe obiady chcemy zbudować na tym poczucie własnej wartości, ale przy okazji odbieramy je naszym partnerom, którzy mogliby w obowiązkach domowych nas wyręczyć, byśmy mogły budować siebie gdzie indziej. Zdarza się, że nie dopuszczamy do opieki nad dzieckiem partnera, albo umniejszamy jego działania, bo nie realizuje ich tak idealnie jak my, a jednocześnie bardzo narzekamy na to, że on nie pomaga i „nic nie robi”.

Warto zauważyć, że gdy mężczyzna zaczyna coś robić w domu, chce się wdrożyć w opiekę nad dzieckiem, często „zderza się” z naszym matczynym perfekcjonizmem, wygórowanymi oczekiwaniami, surową oceną i jest z góry skazany na porażkę. To zderzenie z perfekcjonizmem bywa trudne dla wielu mężczyzn i powoduje ich wycofanie się – bezpieczniej jest „nic nie robić” niż robić źle i słuchać niezadowolenie swojej kobiety. Nasi partnerzy potrzebują zaufania, że sobie poradzą i wolności, by zająć się dzieckiem po swojemu. Nie możemy naszego niskiego poczucia wartości ratować perfekcyjnym działaniem na rzecz domu i dzieci. To nie wróży nic dobrego i nikomu nie służy, a niestety wiele kobiet w Polsce (pewnie nie tylko) wpada w taką pułapkę perfekcjonizmu. Lepiej od samego początku akceptować fakt, że partner część obowiązków rodzicielskich wykona inaczej, czy na niższym poziomie niż ja, ale jego zaangażowanie i wsparcie jest ważniejsze niż jakość, która przecież stopniowo może wzrastać.

Dlatego tak ważne jest, by ojciec od samego początku był zaangażowany w opiekę nad dzieckiem, jak i w obowiązki domowe. Po pierwsze dlatego, że łatwiej jest uczyć się nowych umiejętności razem i startować razem z tego samego poziomu. Po drugie szybciej, my – mamy, będziemy miały przestrzeń dla siebie – na odpoczynek, czy swój rozwój. A po trzecie, mając wsparcie partnera, nie będziemy tak mocno uzależnione od myśli, że dobrostan dziecka zależy TYLKO od nas, a my MUSIMY TYLKO skupiać się na dziecku, by je mu zapewnić. Jest takie powiedzenie, że do „wychowania dziecka potrzebna jest cała wioska” i im szybciej sobie na to pozwolimy, tym tylko będzie nam łatwiej.

Załóżmy, że to co powiedziałaś nie działa, mama źle o sobie myśli, negatywnie ocenia własne możliwości. Gdzie szukać wsparcia?

MIP: Po pierwsze trzeba zaakceptować fakt, że my tego wsparcia potrzebujemy i to nie jest nic złego. Macierzyństwo, powrót do roli zawodowej to nie jest łatwy czas. Ja zawsze podkreślam, że osoby, które korzystają ze wsparcia już wykonały najtrudniejszy krok, bo podjęły taką decyzję i zaakceptowały fakt, że chcą z tego wsparcia skorzystać. Gdzie można go szukać? Po pierwsze w takich miejscach jak Wasza Fundacja, w organizacjach, które działają na rzecz macierzyństwa, przedsiębiorczości kobiet, czy konkretnie mam. Na takie spotkania, debaty trzeba chodzić – kropka! Druga rzecz to wszelkiego rodzaju warsztaty z coachami, czy doradcami kariery, czy też spotkania z rekruterami. Ale zdarza się, że lęk przed powrotem do pracy bywa tak silny, że warto udać się do psychologa, czy psychiatry.

Na co powinnyśmy być czujne?

MIP: Na poczucie paraliżu i bezsilności, czarnowidztwo. Na objawy fizjologiczne takie jak napięciowe bóle głowy, problemy z snem, czy odżywianiem się. Na przedłużający się czas obniżonego nastroju i braku sił, motywacji do działania. Na problemy z koncentracją uwagi i kreatywnym myśleniem. Ale też na drażliwość, wybuchowość, albo utrzymujący się smutek i poczucie rezygnacji. Jeżeli taki stan nie mija przez tydzień czy dwa, trzy a metody poprawiania nastroju jak spacer, rozmowa, masaż, wyjście do kina nie poprawiają nastroju i nie ładują energią, warto rozejrzeć się za wsparciem specjalisty – psychiatry, czy psychoterapeuty.  Musimy zaakceptować fakt, że czasem presja, jaka towarzyszy macierzyństwu, może być dla nas zbyt duża i związany z nią stres mógł obciążyć nasz organizm tak mocno, że na powrót do pracy nie starczy nam sił.

Wówczas nawet indywidualne wsparcie coacha, czy doradcy kariery może okazać się niewystarczające. Warto o tym pamiętać, bo badania dotyczące „baby blues” mówią, że obniżenia nastroju po porodzie doświadcza nawet 80% kobiet w Polsce, ale niewiele z nich się do tego przyznaje i sięga po pomoc. Inne badania podają, że tylko 15% mam doświadczających silnej depresji korzysta ze wsparcia (badania przeprowadzone w USA na grupie 3,5 tyś kobiet). Te dysproporcje pomiędzy potrzebą, a uzyskanym wsparciem są ogromne i mam poczucie, że jako psycholog mam obowiązek powiedzieć, że czasem niskie poczucie własnej wartości młodej mamy to nie tylko chwilowy moment zawahania, tylko sygnał o potrzebie głębszej pracy wymagającej profesjonalnego zaopiekowania.

Na koniec chciałabym zapytać Ciebie o rolę pracodawcy. Jakie działania mógłby podjąć, żeby ułatwić mamie powrót na rynek pracy? 

MIP: Przede wszystkim chciałabym powiedzieć, że sytuacja matek na rynku pracy poprawiła się. Zajmuję się tematem rozwoju zawodowego już 17 lat, zaś pracuję jako coach kariery już 10 lat i widzę, ile w tej przestrzeni się zmieniło. Mamy coraz częściej są doceniane, firmy witają je chętnie po przerwie. Rynek zorientował się, że potrzebuje doświadczonych i zmotywowanych pracowników, a mamy które często przed narodzinami dziecka miały już kilka lat kariery są takimi pracownikami.

Co mogą zaoferować firmy? Przede wszystkim elastyczne godziny pracy. Przy powrocie do pracy logistyka jest czymś najtrudniejszym. Jeżeli pracodawca daje możliwość pracy w różnych godzinach, mamy mogą bardziej elastycznie organizować opiekę nad dzieckiem, dojazdy i dodatkowe aktywności, jak wizyta u lekarza. I to jest rewelacyjne rozwiązanie. Kolejna rzecz – stopniowe zwiększanie obowiązków. Aktualnie mam klientkę coachingową, która jest menedżerem w korporacji i właśnie wdraża pracownicę po urlopie rodzicielskim. Postanowiła wdrażać ją stopniowo, nie zarzucić ją od razu wszystkimi zadaniami, żeby dać jej poczucie sukcesu. Stworzyła taki proces kilka zadań – sukces i docenienie – kilka zadań więcej – znowu sukces i docenienie. Takie stopniowe podwyższanie poprzeczki jest super rozwiązaniem. Jeżeli damy wracającej mamie od razu pełen zakres obowiązków, zarzucimy ją wszystkimi nowinkami, które się wydarzyły w okresie nieobecności, to potknięcia i porażki są gwarantowane, a to znów podważa poczucie wartości.

Ważne też, żeby pracodawcy myśleli, jakiej aktualizacji wiedzy może dana osoba potrzebować. Dzięki temu pracownik czuje się bezpiecznie i nie musi sam odkrywać, co zmieniło się w trakcie nieobecności. Super, jeżeli za taką refleksją idą konkretne działania – kursy, szkolenie, wsparcie doświadczonej osoby.

I wreszcie bardzo ważny jest klimat, który stworzy już bezpośredni szef w zespole. Mam tu na myśli zbudowanie w zespole takiego przekonania, że my jako zespół powinniśmy teraz pomóc mamie = koleżance wracającej na rynek pracy. Co buduje taki klimat wsparcia? Nie wytykajmy błędów, a oferujmy wsparcie. Miejmy tolerancję na spóźnienia, na to, że mama może czasem musieć „urwać się wcześniej”. Rozwiązania systemowe związane ze szkoleniami, elastycznością czasu pracy, to są łatwe rzeczy do wdrożenia. Najtrudniej jest zbudować klimat wsparcia i akceptacji dla faktu, że osoba będzie wdrażać się stopniowo i na początku nie wszystko będzie jej wychodzić idealnie. Nad postawami ludzi najtrudniej się pracuje, szczególnie jeżeli wymagają empatii. My w Polsce z łatwością deklarujemy, że jesteśmy empatyczni, niestety nasze zachowania tego nie pokazują.

Osobiście rekomenduję – zarówno mamom i ojcom, menedżerom, jak i pracownikom HR-om – żeby przyjąć założenie, że pierwsze trzy miesiące po powrocie mamy do pracy to jest „eksperyment”. To jest taki czas, w którym dużo zaskakujących rzeczy może się wydarzyć, a wszyscy mają obowiązek szukania najlepszych rozwiązań. Bardzo możliwe, że nasze początkowe ustalenia okażą się źle dopasowane do rzeczywistości i trzeba będzie szukać kolejnych. Wspólnie uznajmy, że to jest OK bez szukania winnych, bez zawstydzania. Niestety, ostatnio boimy się eksperymentów i niosącego przez nie ryzyka. A jednak ten czas powrotu jest wyjątkowy i warto pozwolić sobie na błędy i zmiany ustaleń.

Na koniec chciałabym powiedzieć o jeszcze jednej ważnej kwestii. Musimy pamiętać, że historia każdego powrotu jest inna. To, że ja sobie dobrze poradziłam, nie znaczy, że moja koleżanka siedząca biurko obok albo moja pracownica też tak dobrze sobie poradzi. Patrząc przez pryzmat swoich sukcesów, a chcąc unikać myślenia o porażkach, często odbieramy innym prawo do trudnych doświadczeń i robimy założenie, że koleżanka która właśnie wraca „na pewno sobie super poradzi”. Przyjrzyjmy się, czy przypadkiem nie mamy bardzo wygórowanych oczekiwań względem siebie i względem innych. To jest niezwykle ważne, żeby nie traktować nikogo swoją miarą, bo jeżeli nawet nasz powrót do pracy był gładki i pozbawiony porażek, to niekoniecznie to będzie też historia innej mamy. Na udany powrót do pracy składa się wiele czynników zaczynając od gotowości dziecka, rodzaju opieki, przez wsparcie partnera, po odległość pomiędzy pracą a domem danej mamy. Bądźmy więc ciekawi tych elementów, z których składa się dana historia, historia danej mamy. Taka ciekawość i powstrzymanie się od oceny to też jest wsparcie.

 

Jak znaleźć Martę? Oto linki do jej profili:

https://manufakturarozwoju.pl

https://www.instagram.com/marta.iwanowska.polkowska/

https://www.facebook.com/ManufakturaRozwoju/

https://www.linkedin.com/in/marta-iwanowska-polkowska/

 

 

Wywiad przeprowadziła Magdalena Mochoń

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

logo niw Sfinansowano z Narodowego
Instytutu Wolności ze środków
Programu Rozwoju Organizacji
Obywatelskich na lata 2018-2030.
logo proo
rodzic w mieście logo Projekt realizowany jest
przez fundację Rodzic w Mieście